Rok 1877 był dla Polski momentem cudu. W Gietrzwałdzie Niebo upomniało się o naród. Maryja wezwała do modlitwy, a Polacy odpowiedzieli czynem. Naród otrzeźwiał, porzucił nałogi i zaczął budować silne, liczne rodziny. To duchowe odrodzenie stało się fundamentem wolności. Było na kim budować przyszłość, bo wiara przenikała każdą sferę życia.
Dziś ten fundament pęka, a obraz współczesnej Polski budzi trwogę. Staliśmy się narodem poturbowanym moralnie. Rozwody niszczą domy, a młodzież błądzi bez drogowskazów. Żyjemy tak, jakby Pana Boga nie było. Alkohol i nowoczesne używki wdzierają się wszędzie – do szkół, zakładów pracy, a nawet gabinetów lekarskich. Deprawacja młodych zatacza coraz szersze kręgi, a demografia drastycznie spada. Rodzi się coraz mniej dzieci, co zwiastuje zmierzch narodu o tysiącletniej historii.
W tym dramatycznym momencie oczy wiernych zwracają się ku pasterzom. Niestety, obraz, który tam widzimy, napawa smutkiem. Nasi przywódcy duchowi, biskupi i księża, zdają się być pogubieni i zastraszeni. Zamiast grzmieć z ambon i wzywać do nawrócenia, często wybierają milczenie. A gdy już zabierają głos, ich słowa budzą żal i niedowierzanie. Przykładem są listy pasterskie poświęcone tematom odległym od realnych bólów narodu, jak choćby te o relacjach z innymi narodami, podczas gdy własne owce giną z braku prowadzenia.
Dlaczego nasi pasterze milczą? Dlaczego nie upominają błądzących i nie nauczają z mocą? Rysuje się nam smutny obraz pasterzy, o których przed wiekami przestrzegał św. Augustyn. To ci, którzy pasą samych siebie, a nie swoje owce. Szukają spokoju i uznania świata, bojąc się narazić komukolwiek. Ich lęk przed jasnym głosem prawdy sprawia, że lud czuje się opuszczony. Pasterz, który nie ostrzega przed wilkiem, staje się współwinny rozproszenia stada.
Konsekwencje tego zaniechania są opłakane. Kościoły pustoszeją, bo młodzi nie widzą w nich autorytetu ani żaru wiary. Zamiast radosnych wspólnot, pozostaną nam puste mury. Jednocześnie przepełniają się szpitale psychiatryczne, pełne ludzi, których nikt nie nauczył, jak dźwigać krzyż. Kto będzie w nich pracował, skoro zabrakło pokolenia wychowanego w duchu służby i ofiarności?
Stajemy przed wyborem: albo powrócimy do gietrzwałdzkiej drogi odnowy, albo znikniemy. Historia uczy, że ratunek przychodzi przez odważne wyznanie win i powrót do korzeni. Potrzebujemy dziś nie tylko trzeźwego narodu, ale przede wszystkim odważnych pasterzy, którzy przestaną się bać świata, a zaczną bać się o dusze im powierzone. Tylko prawda wypowiedziana z miłością i mocą może nas jeszcze ocalić.
Ks. K. Bielawny
Views: 0

