Propaganda aborcyjna na łamach prasy lewicowej w Polsce

Na ziemi polskiej odbywa się od ponad stu lat wielka tragedia. Po latach niewoli, nadeszła nowa niewola, deprawacyjna, niszcząca naród polski, zabijająca największy skarb – polskie dzieci.

Przez dziesięciolecia źródłem rozwiązłości moralnej i niszczenia obyczajowości była propaganda na łamach prasy, w literaturze, teatrze i mediach elektronicznych. Za ten stan rzeczy odpowiadają dziennikarze, publicyści, aktorzy, artyści, osoby bardzo zdolne, a nawet wybitne, znane i uznane, które swe talenty i zdolności ukierunkowały na  propagowanie pornografii, prostytucji i innych niecnych zboczeń. Za ten stan rzeczy w sposób szczególny odpowiadają krytycy literaccy, właściciele mediów drukowanych i elektronicznych, którzy nie stanęli w obronie moralności rodzin i życia małżeńskiego. Środowiska lewicowe z całą świadomością niszczyły i niszczą morale narodu polskiego i całej Europy. 

Propaganda „świadomego macierzyństwa” w Polsce prowadzona była już z końcem XIX i na początku XX stulecia. Tow. J. Budzińska-Tylicka w 1907 r. angażowała się w propagowanie zmniejszania liczby dzieci w rodzinach polskich. W swej publikacji odnotowała:  „(…) za czasów niewoli rosyjskiej, jeszcze w 1907 r. sama pisałam i miewałam publiczne odczyty na temat ograniczania przerażająco licznego potomstwa polskich rodzin, żyjących w nędzy i ciemnocie”[1]. Autorka pochodziła z wieloletniej i patriotycznej rodziny. Być może, doświadczenie w domu rodzinnym biedy przyczyniło się do poszukiwania lepszych rozwiązań, a tym lepszym rozwiązaniem miało być zmniejszanie liczby dzieci w rodzinach sposobami niegodnymi, poprzez środki niszczące płodność i aborcję.

Kolejnym argumentem za regulacją urodzeń w Polsce miała być duża śmiertelność dzieci w pierwszych czterech latach po urodzeniu. Na łamach „Głosu Kobiet” dr Kłuszyński pisał, że na 100 urodzeń umiera rocznie przeszło 20 dzieci. Ubolewał nad nędzą rodzin polskich, nad brakiem odpowiedniej higieny i brakiem kultury. „Polska dąży dziś już do tych, wyjątkowych krajów europejskich, w których panuje taka zastraszająca umieralność niemowląt. Zapewne  brak kultury, brak uświadomienia hygjenicznego odgrywa pewną rolę, ale przede wszystkim nędza i w parze z nią  bogactwo dzieci to jakby naturalne kojarzenie się”. Z ubolewaniem i oburzeniem pisał, upominając tych, którzy nauczali o rodzinie miłującej się i przyjmującej potomstwo. „Jest obłudą i niesumiennością, jeśli się klasie pracującej, uginającej się pod brzemieniem nędzy i niedostatku głosi ewangelię płodności[2]. Ale czy tylko w Polsce na początku XX w. była tak duża śmiertelność wśród niemowląt? Jaka była sytuacja w Prusach, opisuje D. K. Chojecki w artykule  „Umieralność niemowląt w polskich rejencjach Prus na początku XX wieku”[3]. I tak w rejencji wrocławskiej około 24 dzieci umierało rocznie  na  100 urodzeń, w rejencji gdańskiej przeszło 21, w magdeburskiej powyżej 20, we frankfurckiej około 20, w kolońskiej około 18, hanowerska poniżej 15, a kasselska koło 11[4]. A zatem proces ten bardzo różnie wyglądał w różnych częściach Europy.

Kłuszyński, jako przedstawiciel idei socjalistycznych i feministycznych, na łamach pisma wydawanego pod red. Dory Kłuszyńskiej, czołowej przedstawicieli feministek polskich z okresu międzywojnia w Polsce,  zaprezentował liberalne idee demografii, które miały kształtować świadomość mas, pisał, że: „(…) cechą dobrobytu gospodarczego i postępu[5] kulturalnego jest niska cyfra urodzeń i niska cyfra umieralności. To też w krajach, w których ludności pracującej lepiej się powodzi i w których robotnicy wywierają swój wpływ na bieg życia politycznego jest najmniejsza populacja (Anglia, Francja)”[6].

Warto tu nadmienić, że  Anglia i Francja, były to kraje posiadające kolonie i czerpiące krocie zysków z podbitych narodów, zaś Polska była w czasie porozbiorowym, w którym podejmowano próby odbudowy gospodarczej kraju, gdzie ścierały się różne idee polityczne, nie zawsze wspierające interes narodu polskiego[7]. Należało rozwijać kulturę, higienę, równość społeczną, opiekę medyczną nad dziećmi, by wśród niemowlaków była jak najmniejsza śmiertelność, ale z drugiej strony, trzeba było wspierać rodziny wielodzietne, gdzie rodziły się dzieci. Nie poprzez propagowanie aborcji i antykoncepcję, ale poprzez pomoc materialną i  wychowanie w duchu narodowo-katolickim. Jednak tak się nie stało. Idee propagujące depopulację były propagowane przez środowiska socjalistyczne i feministyczne.

Warszawskie towarzystwo ginekologiczne w 1928 r. ustaliło zasady pozbawiania nienarodzonych dzieci życia ze wskazań lekarza. Od tej pory lekarz stał się decydentem, kto może się urodzić i żyć, a komu nie wolno przyjść na ten świat. Koronnym argumentem, który propagowano na łamach prasy feministycznej i socjalistycznej, było ubóstwo materialne w wielu rodzinach. Nie wolno dopuszczać, by rodziny miały większą liczbę dzieci, nas, narodu polskiego na to nie stać, pisał czołowy propagator regulacji urodzeń, H. Kłuczyński[8].

Dr Henryk Kłuczyński[9] nawoływał kobiety polskie, by poddały się regulacji urodzeń, by ograniczały liczbę potomstwa,  by zaangażowały się w nowe wezwania gospodarcze i kulturalne, a dzieci będą im w tym przeszkadzać.  Zaznaczył, że w społeczeństwie polskim nadal funkcjonuje „(…) naiwny typ płodności, który polega na tem, że rodzić będzie tyle dzieci, ile tylko kobieta urodzić może”[10]. Straszył, że liczne potomstwo będzie ogromnym obciążeniem dla gospodarki, a także będzie trudno je wychować. Natomiast kobiety będą wyłączone z życia społecznego, nie będą „(…) dostępne żadnym wyższym ideałom, gdyż całe ich życie, wypełnione jest ciążą, połogiem, porodem, karmieniem. (…) Niczym nieokiełzana płodność staje się klęską dla rodziny robotniczej”[11].

Z podobną argumentacją wystąpił na łamach swej broszurki T. Boy-Żeleński[12], „Piekło kobiet” w 1930 r. Pisał:  „(…) nie ma gorszego wroga rodziny niż nadmierna płodność”[13].  Z całą mocą argumentował na różne sposoby, by ograniczać liczbę dzieci w rodzinach, przywołując sukcesy na tej płaszczyźnie w wielu krajach Europy Zachodniej. Tłumaczenie było pokrętne, jakoby ograniczanie dzieci miało przyczynić się do wzrostu istot ludzkich w tych krajach.  Od kilkudziesięciu lat – pisał w 1929 r. dr Kłuczyński ─  powstał potężny, „(..) zorganizowany ruch za regulacją urodzeń przeważnie w  Ameryce, Anglji, Niemczech i Austrji. Również i Labour Party[14] uznała za konieczność uświadamiania kobiet o celach i metodach regulacji urodzeń”[15]. Prekursorami ograniczania liczby potomstwa w społeczeństwie byli: Stella Browne (1880-1955)[16], Dora Russel (1894-1986)[17], Doroty Jewson (1884-1964)[18] i wielu innych. Pionierzy regulacji urodzeń chlubili się, że swą działalnością nie osłabiali populacji swych państw, „(…) lecz przeciwnie, w pierwszych 30. latach ruchu tego w Europie uratowali około 21 milionów istot ludzkich”. Ruch ten w ich opinii, był „(…) wyprawą krzyżową przeciw ubóstwu” i był oparty na przesłankach naukowych z zakresu medycyny, ekonomii i polityki populacyjnej[19].

Kolejne argumenty propagowane na łamach prasy lewicowej miały przekonać czytelników do ograniczania dzieci w rodzinach. Przywoływano możliwości spędzenia płodu przez zamożne panie, zaś przez biedne robotnice nie było to możliwe, powód brak finansów na zabicie własnego dziecka. Dlatego w opinii dra Kłuczyńskiego, czyniono to potajemnie u niedoświadczonych kobiet wiejskich.  Podano także dane statystyczne z Niemiec, ile dokonuje się poronień, ile osób umiera po poronieniu, a ile jest kobiet chorych po zabiciu własnego dziecka. Podawane dane miały obrazować ogromną skalę dzieciobójstwa, które dokonuje się w Niemczech i w Polsce[20] i jest zagrożeniem dla życia kobiet. A można by czynić to inaczej, podpowiada dr Kłuszyński.

Powstanie pierwszej poradni aborcyjnej

Pierwsza poradnia „świadomego macierzyństwa” powstała w Warszawie w październiku 1931 r., prowadzona była przez Robotnicze Towarzystwo Służby Społecznej, pod kierownictwem J. Budzińskiej-Tylickiej[21].  Propagowano środki niszczące płodność, a to z kolei prowadziło prostą drogę do zabijania dzieci nienarodzonych w łonie matek. W 1933 r. w poradni Budzińskiej-Tylickiej w Warszawie przyjęto 3808 kobiet, nowo przyjętych było 1707 pacjentek. U  1707 pacjentek dokonano 672 zabójstw nienarodzonych dzieci, a w ciągu całego 1933 r. u wszystkich przyjętych kobiet zabito 1594 dzieci[22]. Do 1935 r. radykalne feministki utworzyły 14 oddziałów swych poradni na terenie Polski w kilku miastach: w Łodzi, Radomiu, Krakowie, Jedliczu, Gorlicach, Poznaniu, Kaliszu i Lublinie[23]. W obronie działających poradni „świadomego macierzyństwa” stawały radykalne feministki, jedną z nich była Anna Smolikowa, która w obszernym artykule na łamach „Głosu Kobiet” pisała: „Otwieranie przychodni świadomego macierzyństwa jest obowiązkiem, który zaszczytnie spełnia Robotnicze Towarzystwo Służby Społecznej”[24]. W roku 1937  z poradni „świadomego macierzyństwa” w Warszawie skorzystało 2884 kobiet[25]

 Wielka tragedia odbywała się na ziemi polskiej. Po latach niewoli, nadeszła nowa niewola, deprawacyjna, niszcząca naród polski, zabijająca największy skarb – polskie dzieci.

  Polskie feministki i komuniści  przez cały czas ubolewali nad dużym przyrostem naturalnym w kraju nad Wisłą. To ich niepokoiło i spędzało sen z oczu. Byli niespokojni o los Polski. Niepokojąca jest wizja feministek nad Polską lat trzydziestych XX w., „(…) polską nadmierną rozrodczość ratowała emigracja: za morza i oceany;  do Niemiec sezonowo, do Francji na dłuższy pobyt, tak że w sumie 250 tysięcy obywateli rocznie musiało rzucać swą płodną Ojczyznę, podczas gdy dalej rocznie nowe pół miliona narastało. – Statystyka wykazuje, że powszechny spis ludności w Polsce w 1921 r. wykazał 27 milj. 200 tys., a w 10 lat później, to jest w 1931, już było 32 milj. 100 tys.”. A dalej autorka pyta: Czy Polska jest w stanie poradzić sobie z tym tak dużym przyrostem naturalnym pod względem gospodarczym, kulturalnym, oświatowym, rolniczym i przemysłowym?  Zastanawia jednak,  dlaczego środowiska lewicowe, komunistyczne i feministyczne tak bardzo bały się dzieci, rodzin wielodzietnych. Co  je niepokoiło, czy tylko ubóstwo, czy coś więcej? Dlaczego rozwiązanie tego problemu widziano w łamaniu sumień kobiet,  w zabijaniu dzieci nienarodzonych, czy to było rozwiązaniem problemu? A przecież przyszłością każdej rodziny są dzieci, każdego narodu i każdej cywilizacji.  Rodzina, naród bez dzieci umiera.

 A może należy szukać odpowiedzi w tak mocno zdeprawowanym środowisku lewicowo-feministycznym, w nienawiści do rodziny, małżeństwa i dzieci. Bo rodziny polskie, mimo swego ubóstwa, emanowały szczęściem i radością. Zaś środowiska zdeprawowane obyczajowo emanowały smutkiem i propagandą cywilizacji śmierci. Tak to przedstawiła czołowa feminista Polski w 1935 r., rok przed swą śmiercią,  J. Budzińska-Tylicka: „(…) nadszedł dla państwa Polskiego ostatni moment, ażeby świadomie, społecznie i organizacyjnie przystąpić do umasowienia praktycznej akcji regulacji urodzeń, czyli świadomego ograniczania potomstwa”. Wskazała, że nie przez te środowiska, w których mało dzieci się rodziło, ale przez te, które są „(…) upośledzone materialnie, zarówno w miastach, jak i wśród ludu wiejskiego”. Uświadomienie społeczeństwa, w opinii czołowej feministki, będzie ogromnym zwycięstwem  „świata pracy”[26]. Zabijanie dzieci nienarodzonych miało być ogromnym sukcesem. Narrację medialną w prasie lewicowej w Polsce podpierano informacjami z krajów Europy Zachodniej, m.in. z Wielkiej Brytanii, która kroczyła nieco szybciej w deprawacji niż kraje Europy Wschodniej, nazywając to nowoczesnością czy postępem[27]. Z czasem informowano o kolejnych krajach europejskich, które propagowały „świadome macierzyństwo”, m.in. o Finlandii[28].

Dorota (Dora) Kłuszyńska[29], również ubolewała nad sytuacją ludnościową w Polsce, przede wszystkim nad dużym przyrostem naturalnym w latach dwudziestych XX stulecia. Pisała na łamach „Głosu Kobiet”: „(…) w Polsce ostatni spis ludności, przeprowadzony 9-go grudnia 1931 r. wykazał przyrost ludności o przeszło 5 miljonów za okres 10 lat, czyli 19%”[30]. W Europie był to przyrost jeden z największych. „W Polsce jest strasznie duża rozrodczość, największa w całej Europie; matki za dużo rodzą dzieci – tak że u nas przybywa pół miliona”[31]. W województwach wschodnich miał miejsce największy przyrost naturalny. Dora dodała, że przyczyną był „analfabetyzm, ludzi ciemnych”, bo byli pod wpływem klerykalizmu[32]. Radość i wolność miała im zapewnić wiedza o „świadomym macierzyństwie”, które prowadziło do pozbycia się dzieci za pomocą aborcji. Kolejnym argumentem do pomniejszania liczby dzieci w rodzinach, według feministek, było bezrobocie, które miało charakter urzędowy, obejmowało tysiące osób w Polsce. A skoro nie było pracy, to „(…) nie wolno w interesie dobra ogólnego ludu pracującego pomnażać bezmyślnie dzieci”. Kończyła swe refleksje, że nie może być to powodem do radości, że ludność w Polsce wzrasta[33].

 Feministka Zofia Daszyńska-Golińska w swej publikacji „Zagadnienia polityki populacyjnej”, wspiera działania na rzecz „świadomego macierzyństwa” i przywołuje słowa J. S. Milla (1806-1873), który tak pisał: „(…) cywilizacja jest walką przeciw instynktom zwierzęcym, z których najsilniejszy zwycięża. Jeśli nie zwyciężyła instynktu rozrodczości, to dlatego, że tego nigdy nie próbowała na serio…. Nie można spodziewać się postępów moralności, póki licznych rodzin nie będzie się traktowało równie pogardliwie jak pijaństwa…”[34]. Postęp w moralności – w jego opinii Milla ─ miał zależeć od braku poszanowania dla rodzin mających dzieci.

W drugiej połowie lat trzydziestych XX stulecia na łamach „Głosu Kobiet” nadal środowiska feministyczne lansowały pogląd o potrzebie zmniejszenia liczby dzieci w rodzinach. Przypomniano kolejny raz, że stanowczo za dużo urodziło się dzieci w ciągu kilku ostatnich lat[35]. Przez tak duży przyrost naturalny pogorszyła się kondycja gospodarcza kraju, wzrasta bezrobocie, panuje głód i nędza. „Pogorszył się stan fizyczny ludności, zmalała odporność i tężyzna. Pobór nie tylko do wojska, ale do obozów pracy przedstawia obraz nędzy i rozpaczy”. Przywołano dane, że na 100 chłopców zgłaszających się do junaków, aż 70 nie może podjąć pracy, z powodu głodu. „Dopiero po tygodniu, kiedy się najedzą, odpoczną, wyśpią, można mu dać łopatę, czy kilof, ale pracują z największym wysiłkiem. Wygłodzeni od dzieciństwa nie przedstawiają wielkich wartości w procesie gospodarczym”. Smutne ostatnie stwierdzenie, że młodzi „nie przedstawiają wielkich wartości”[36]. Tak może pisać tylko człowiek pozbawiony jakiejkolwiek wrażliwości.

Cofnijmy się do historii. Skoro tylko dobrobyt może zapewnić nam sukces gospodarczy i demograficzny, to jak to było w Rzymie w pierwszych trzech wiekach po narodzeniu Chrystusa. Był dobrobyt, było wszystko, a czy chłopcy przy tym dobrobycie byli mocniejsi, lepiej wysportowani, zapewniający bezpieczeństwo swemu imperium? Ammian Marcellin (330-392) w „Res Geste” opisał upadek intelektualny i duchowy Rzymian. Dziś wiemy, że przed upadkiem moralnym nastąpił upadek duchowy i  intelektualny. Mentalność dekadencka objęła także żołnierzy rzymskich. Konsekwencją tego był upadek ducha bojowego, utracono tego ducha, a młodzieńcy tracili tężyznę fizyczną, stawali się leniwi, tchórzliwi i gnuśni, tym samym  nie byli w stanie bronić granic zagrożonego imperium[37]. A zatem, nie dobrobyt  daje potęgę narodowi, owszem daje łatwiejszą  egzystencję, łatwiejsze życie, ale największym skarbem każdego narodu jest obyczajność młodego pokolenia i dzieci w rodzinie. To jest najlepszym kapitałem każdej społeczności narodowej. 

Na łamach „Głosu Kobiet” od połowy lat trzydziestych XX stulecia pojawiały się ogłoszenia informujące o poradniach „świadomego macierzyństwa”. Po śmierci feministki J. Budzińskiej-Tylickiej poradnia w Lesznie otrzymała jej patronat. W ogłoszeniu podawano informacje: „(…) o zapobieganie ciąży, leczeniu chorób kobiecych i bezpłodności. Porady przed ślubne”[38]. W kolejnych numerach pojawiało się ogłoszenie  takiej samej treści  z jedyną zmianą ─  adresu poradni.

W przededniu wybuchu II wojny światowej prasa feministyczna i komunistyczna pisała na swych łamach o przeludnieniu Polski, o ogromnym bezrobociu i o potrzebie emigracyjnej Polaków do innych krajów albo przydziale kolonii zamorskich.  Antidotum na ten stan rzeczy jest zmniejszenie liczby dzieci w rodzinach. „W Polsce jest przeludnienie, zwłaszcza wieś w Małopolsce dusi się wprost, tak jest ciasno, i w rezultacie mamy 5-8 milionów ludzi, dla których nie ma pracy. Rozlega się wołanie o przydział kolonii, bo za morzami są ziemie, które czekają na przybyszów, jak Brazylia, Kanada, Argentyna, Wyspy Madagaskaru, a chłop polski to świetny kolonizator”[39]. Przeludnienie w Polsce i na świecie było ciągłą obawą środowisk lewicowych i feministycznych. 

Poważnym problemem, który dotykał młode pokolenie Polaków przed II wojną światową, była dość duża deprawacja. Środowiska lewicowe, feministyczne i komunistyczne swym oddziaływaniem wśród robotnic i proletariuszek na tyle zmieniały mentalność młodych Polaków, że wielu z nich odrzucało tradycyjne wartości. W roku 1937 na 856 tys. urodzonych dzieci, 57 tys. było nieślubnych[40], co stanowiło 6,7% z ogółu rodzonych. W skali całego kraju nie stanowiło to widocznego problemu, ale w sposób ewolucyjny dokonywała się powolna liberalizacja życia moralnego.

© Ks. Krzysztof Bielawny


[1]     Zob. J. Budzińska-Tylicka, Świadome macierzyństwo, s. 14.

[2]     Zob. H. Kłuszyński, Znaczenie regulacji urodzeń dla klasy robotniczej, cz. IV, GK 1930, nr 3, z III.

[3]     Zob. D. K. Chojecki, Umieralność niemowląt w polskich rejencjach Prus na początku XX wieku, w: „Przeszłość Demograficzna Polski” 2015,  nr 3, s. 147-189.

[4]     Ibidem, s. 157.

[5]     Zob. J. Archita, Wstecznictwo socjalizmu”, RN 1929, nr 4, s. 110. Autor o postępie w socjalizmie pisał, „Taka kobieta – wołają socjaliści- robi z rodziny siedlisko reakcji. Jużeśmy się z tym zarzutem osłuchali i wiemy, że oznacza on w pierwszym rzędzie nienawiść do chrześcijańskich form życia rodzinnego. Możemy – i to właśnie my jedynie słusznie – zarzut wstecznictwa postawić socjalizmowi: wszystkie jego formy w dziedzinie spraw rodziny i małżeństwa są cofaniem się wstecz, są reakcyjne, szkodliwe, bo materialistyczne i bezbożne, antyspołeczne i antykulturalne, a przeto nic wspólnego z postępem – z postępem ku lepszemu jutru jednostek i społeczeństw – nie mają!”.

[6]     Zob. H. Kłuszyński, Znaczenie regulacji urodzeń dla klasy robotniczej, cz. IV, GK 1930, nr 3, z III.

[7]     Zob. A. Położyński, Marszałek Józef Piłsudski odbrązowiony, Warszawa 2005, s. 125-148.

[8]     Zob. H. Kłuszyński, Znaczenie regulacji urodzeń dla klasy robotniczej, cz. III, GK 1930, nr 1-2, z I-II.

[9]   Poprzednio Chaim Herstal, Żyd. Urodził się 6 stycznia 1870 r. w Prokocimiu, zmarł w Warszawie 16 października 1933 r. Działacz socjalistyczny, lekarz, współzałożyciel Polskiej Partii Socjalno-Demokratycznej. Od 1919 r. członek PPS, inicjator zakładania poradni świadomego macierzyństwa w Polsce (placówek aborcyjnych). Od 1896 r. żonaty z Dorotą (Dora) Pelcner, Żydówką. Była propagatorką ruchu socjalistycznego w Polsce, redaktorką „Głosu Kobiet” w latach 1907-1914.

[10]   Zob. H. Kłuszyński, Znaczenie regulacji urodzeń dla klasy robotniczej, cz. I, GK 1929, nr 12, z XI.

[11]   Ibidem.

[12]   Urodził się w Warszawie 21 grudnia 1874 r., zmarł we Lwowie 4 lipca 1941 r. Tłumacz literatury francuskiej, z wykształcenia lekarz, demoralizator,  propagator „świadomego macierzyństwa”, antykoncepcji i aborcji. W latach 30. wieku XX wraz z Ireną Krzewińską kierował kliniką „świadomego macierzyństwa”. Po wybuchu II wojny światowej wyjechał do Lwowa.  Tam wyraził radość z zajęcia Kresów Wschodnich przez ZSRR. Zajęcie Polski przez Niemców i Rosjan nazwał „Upadkiem Polski szlacheckiej”. Poparł nowe władze i podjął z nimi współpracę. Idee marksistowskie i rewolucji francuskiej były mu bardzo bliskie, identyfikował się z nimi. Publikował artykuły w „Czerwonym Sztandarze”, dzienniku wydawanym przez okupacyjne władze sowieckie. Po zajęciu Lwowa przez wojska niemieckie został aresztowany w nocy z 3 na 4 lipca 1941 r. Miejsce pochówku jest nieznane.  Był literatem niszczącym morale wielkich postaci z przeszłości naszego narodu. Zob. J. Bełcikowski, Głos krytyki rycersko-narodowej. (Z powodu pewnej książki dr Tadeusza Żeleńskiego Boya), Poznań 1939, s. 3-6.

[13]   Zob. T. Boy-Żeleński, Piekło kobiet, s. 22.

[14]   Partia Pracy powstała w 1900 r., potocznie laburzyści. Kieruje się ideologią socjalistyczną. 

[15]   Zob. H. Kłuszyński, Znaczenie regulacji urodzeń dla klasy robotniczej, cz. I, GK 1929, nr 12, z XI.

[16]   Przez całe swe dorosłe życie była zaangażowana w działalność polityczną w Partii Pracy,  wierna ideałom komunistycznym i socjalistycznym, zaangażowana w działalność stowarzyszeń kobiecych. Działalność swą prowadziła w Wielkiej Brytanii, zaangażowana była w propagowanie aborcji, ograniczanie liczby potomstwa, wolność seksualną. 

[17]   Była działaczką feministyczną w Wielkiej Brytanii, propagowała idee socjalistyczne, była druga żoną Bertranda Russela. Jako członkini Partii Pracy, prowadziła aktywność na rzecz ograniczania urodzeń, propagowała wolność seksualną, była przeciwniczką tradycyjnej rodziny i małżeństwa. 

[18]   Była nauczycielką w szkołach Wielkiej Brytanii, organizatorką związków zawodowych, członkinią Partii Pracy, jedną z pierwszych kobiet w parlamencie brytyjskim. Propagowała idee socjalistyczne, a także ograniczanie liczby urodzeń dzieci.

[19]   Zob. H. Kłuszyński, Znaczenie regulacji urodzeń dla klasy robotniczej, cz. I, GK 1929, nr 12, z XI.

[20]     „Dla kobiet klas pracujących są jeszcze te drogi niedostępne, przeto szukają innych dróg, dla zdrowia i życia często niebezpiecznych, szukają potajemnych rad „babek” i „akuszerek”, by w razie zajścia w ciążę pozbyć się płodu. Nie znamy w Polsce statystyki poronień, ale statystyka niemiecka jest ciężkiem oskarżeniem współczesnego społeczeństwa, że dopuszcza ono, by w XX wieku było co rocznie 1 miljon poronień, 40.000 przypadków śmierci po poronieniach, a 500.000 kobiet chorowało prawie przez całe życie, jako następstwo niedozwolonego, przeważnie kryminalnego, zabiegu. W Polsce cyfry będą wprawdzie może niższe, ale zasadniczo obraz będzie ten sam. Zob. H. Kłuszyński, Znaczenie regulacji urodzeń dla klasy robotniczej, cz. II, GK 1929, nr 13, z XII.

[21]   Zob. Zob. J. Budzińska-Tylicka, Świadome macierzyństwo, s. 53.

[22]   Ibidem, s. 55.

[23]   Ibidem, s. 58.  Plenarne Posiedzenie Centralnego Wydz. Kobiecego P.P.S w dn. 13 X 1933 r., GK 1933, nr 10-12, z X-XII; Por. J. Budzińska-Tylicka, Socjalizm a macierzyństwo, GK 1934, nr 9-10, z IX-X.

[24]   Zob. A. Smolikowa, Regulacja urodzin a klasa robotnicza. Robotnicze Towarzystwo Służby Społecznej na posterunku, GK 1933, nr 6, z VI.

[25]   Zob. Z działalności poradni świadomego macierzyństwa, GK 1938, nr 5, z 6 III.

[26]   Zob. J. Budzińska-Tylicka, Świadome macierzyństwo, s. 16-17.

[27]   Zob. Sędzia angielski zwolennikiem regulacji urodzeń, GK 1932, nr 1-2, z I-II. Wypowiedz sędziego brzmiała: „(…) świat poszedł dalej, cieszę się, że szerzy się już inny pogląd. Przerwanie ciąży będzie się praktykowało  tak długo, aż dopóki nie będą znane powszechne sposoby zapobiegania ciąży. Odnośne przepisy prawne musza uledz zmianie, gdyż nie przynoszą żadnego pożytku, a jedynie powodują nieszczęścia”.  

[28]   Zob. Finlandia, GK 1933, nr 4, z IV.  Na łamach „Głosu Kobiet” w  dziale informacyjnym o działalności ruchu kobiet za granicą czytamy: „Konferencja po raz pierwszy zajmowała się kwestią regulacji urodzeń, która dotychczas napotykała na sprzeciw wybitnych działaczek finlandzkich. Uchwalono rozszerzyć  dotychczasowe uprawnienia lekarzy do przerywania ciąży, aby nie tylko niebezpieczeństwo życia matki wchodziło w grę, ale również względy dziedziczności”.  

[29]   Urodziła się 1 stycznia 1876 r. w Tarnowie w rodzinie żydowskiej jako Dora Pilcer, córka Ignacego Pilcera i Barbary. Ukończyła szkołę ludową a następnie wydziałową w Tarnowie. Zmarła 22 listopada 1952 r. w Warszawie. Działaczka społeczna i feministka, socjalistka, senator w latach 1925-1935, posłanka w latach 1947-1952. Przynależała do PPS, a od 1948 r. do PZPR.

[30]   Zob. D. Kłuszyńska, Mnóżcie się, jak piasek w morzu, GK 1932, nr 1-2, z I-II.

[31]   Zob. J. Budzińska-Tylicka, Macierzyństwo a wojna, GK 1932, nr 5-6, z V-VI.

[32]   Pani Dora, chyba miała wielkie braki w wykształceniu. To Kościół zakładał pierwsze szkoły i uniwersytety, to Kościół prowadził przez wieki szkolnictwo. To Kościół dbał o jak najlepsze wykształcenie dzieci i młodzieży. Szkolnictwo przez stulecia było prowadzone przez Kościoły katolickie i protestanckie. Zob. K. Bielawny,  Kościół Katolicki i Ewangelicki, s. 77-161.  

[33]   Zob. D. Kłuszyńska, Mnóżcie się, jak piasek w morzu, GK 1932, nr 1-2, z I-II.

[34]   Zob. T. Boy-Żeleński, Piekło kobiet, s. 28-29.

[35]   Zob. O zdrowie kobiety wiejskiej, GK 1937, nr 21, z 7 XI.

[36]   Zob. Najwyższe dobro narodu, GK 1936, nr 14, z 12 VII.

[37]   Zob. A. Mleczek, Dekadencja moralna,  s. 355-399.

[38]   Zob. Poradnia świadomego macierzyństwa, GK 19337, nr 17, z 5 IX; Por. Ogłoszenie, GK 1937, nr 18, z 26 IX; Por. Ogłoszenie, GK 1938, nr 1, z 9 I.; Por. Ogłoszenie, GK 1938, nr 3, z 6 II.

[39]   Zob. Kołyski…. kołyski, GK 1938, nr 1, z 9 I.

[40]   Zob. Nieślubne dzieci, GK 1938, nr 3, z 6 II.